Monthly Archives: Luty 2014

Kowalski obiecał, że Malinowski zapłaci? O odpowiedzialności za osoby trzecie

umowa o świadczenie osoby trzeciej

Dzisiaj napiszę kilka słów o trójkątach…

Nie, blog nie zmienił profilu :)

Trójkąty zdarzają się dość często w prawie – np. spółka cywilna składająca się z trzech wspólników, ale też umowy dotyczące osób trzecich (czyli niebędących ich stroną, a czasem nie mających nawet o nich pojęcia).

Kodeks cywilny dopuszcza bowiem sytuację, w której jedna ze stron umowy (niech mu będzie Kowalski) obiecuje, że osoba trzecia (nazwijmy tą osobę Malinowskim) spełni określone świadczenie (np. zapłaci 1.000 zł.) na rzecz drugiej ze stron umowy (Nowaka, a co tam…). Taka sytuacja może mieć miejsce w szczególności, jeśli Malinowski jest winien Kowalskiemu tysiąc złotych, a Malinowski – Nowakowi.  Wówczas przekazanie przez Malinowskiemu pieniędzy bezpośrednio Nowakowi, załatwia dwa długi za jednym przelewem.

Należy jednak pamiętać, że Kowalski jest odpowiedzialny za szkodę, którą Nowak poniesie przez to, że Malinowski nie spełnił świadczenia (czyli nie płaci tego tysiąca). Kowalski jednak – co do zasady – może zwolnić się od obowiązku naprawienia szkody spełniając przyrzeczone świadczenie, tj. poprzez zapłatę tysiąca złotych. W przypadku, gdy chodzi o zapłatę pieniędzy sprawa nie jest trudna, ale gorzej jest, gdy sprzeciwia się to umowie lub właściwości świadczenia. Z tą drugą sytuacją będziemy mieli do czynienia, gdy Kowalski obieca Nowakowi, że mu Malinowski namaluje jelenia na rykowisku, bo Malinowski to uznany talent malarski, szczególnie w zakresie jeleni. Tutaj Kowalski raczej nie zaradzi…

Tak czy inaczej Nowak nie ma możliwości wnieść  pozwu do sądu o zapłatę tysiąca złotych (lub o inne świadczenie) bezpośrednio przeciwko Malinowskiemu, bo Malinowski nie zawierał z Nowakiem umowy. Nowak może co najwyżej pozwać Kowalskiego o naprawienie szkody. 

Pamiętaj o tym, jeśli akurat jesteś Nowakiem! :)

 

I koniecznie zapisz się do biuletynu informacyjnego bloga „Prawo dla przedsiębiorczych” (zrób to po prawej stronie ekranu). Dzięki temu będziesz obeznany z prawem, niezależnie od tego jak masz na nazwisko :)

Pozdrawiam,

AKN

 

 

Obraz: http://www.flickr.com/photos/20858368@N00/105497713/

 

Skomentuj

Opublikowany w umowy

Umówmy się! Nie taki notariusz straszny…

jakie dokumenty zabrać do notariusza?

Notariuszy nikt nie lubi, bo… trzeba im płacić.

Nikt nigdy nie zastanawia się, po co właściwie jest prawny wymóg sporządzania przez notariusza aktów notarialnych.

A ma on dość racjonalne uzasadnienie – służy bezpieczeństwu obrotu gospodarczego, chroni zarówno strony umów zawieranych w formie aktu notarialnego, jak i osoby trzecie. Dzięki formie aktu notarialnego wiadomo bowiem dokładnie, kto i kiedy zawarł umowę – nie ma tu możliwości np. antydatowania umowy, zmiany stron czy późniejszej zmiany jej treści (chyba że znowu w formie aktu notarialnego).

Żeby wizyta u notariusza przebiegła sprawnie, najpierw trzeba zadzwonić i umówić się i – co bardzo istotne – wypytać dokładnie, jakie dokumenty będą potrzebne do sporządzenia aktu notarialnego. Gdy zgromadzimy dokumenty, trzeba je dzień lub dwa przed terminem umowy zanieść do kancelarii. Często możliwe jest wcześniejsze przesłanie skanów dokumentów, a potem doniesienie oryginałów już na podpisanie aktu.

Koniecznie zabierz dowód osobisty lub inny dowód tożsamości – może być np. paszport.

Ustal przed wizytą, jakie będą jej koszty – pamiętaj, że taksa notarialna często zależy od wartości przedmiotu umowy (np. od ceny sprzedawanego domu), więc musisz to wiedzieć, zanim zapytasz o wynagrodzenie notariusza. Nie zapominaj też, że często notariusz musi pobrać od Ciebie też opłaty sądowe i podatki (np. podatek od czynności cywilnoprawnych z tytułu sprzedaży mieszkania wynosi 2% – wysokość taksy notarialnej to pikuś przy tym, ile zedrze z Ciebie Państwo).

W większości kancelarii notarialnych nie zapłacisz kartą płatniczą, więc – o ile nie umówisz się wcześniej na płatność przelewem – zabierz ze sobą zgrabny plik banknotów :)

Nie muszę chyba przypominać, że jeśli nie rozumiesz czegoś w czasie czytania aktu, to masz koniecznie spytać notariusza i poprosić o wyjaśnienie. Twoje święte prawo, a jego obowiązek!

Pozdrawiam,

AKN

PS. Podziel się tym artykułem z innymi osobami, dla których te informacje mogą być przydatne. Pomogą Ci w tym te małe ikonki pod spodem.

 

Obraz: http://www.krn.org.pl/1191/Kontakt

1 Comment

Opublikowany w umowy

Umówmy się! Czego właściwie dotyczy umowa zlecenia?

umowa zlecenie - rezultatu czy starannego działania

Umowa-zlecenie kojarzy się z tzw. umowami śmieciowymi i jako taka jest teraz niezwykle modnym tematem.

Ja jednak nie dam się wciągnąć w ten spór (chociaż mam jasno sprecyzowane stanowisko) i podejdę do zlecenia od innej strony.

My przedsiębiorcy nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak często sami pracujemy na takich umowach. No bo jeśli świadczysz usługi – czyli np. jesteś mechanikiem, kosmetyczką, zarządcą nieruchomości, lektorem języka fińskiego czy adwokatem – często pracujesz w oparciu o umowy zlecenia.

Zlecenie sensu stricto dotyczy właściwie tylko dokonania w czyimś imieniu czynności prawnej (np. zawarcia umowy sprzedaży), ale do czynności faktycznych (np. czesanie, nauczanie, opieka nad dziećmi, naprawy) też stosuje się przepisy kodeksu cywilnego  dotyczące właśnie zlecenia. 

Dlatego właśnie warto trochę o tych umowach wiedzieć.

Dziś chciałabym zwrócić uwagę na to, do czego strony zobowiązują się poprzez zawarcie takiej umowy.

Jedna strona zawsze zobowiązuje się zapłacić drugiej wynagrodzenie (gotówka/przelewem/czekiem – wszystko jedno :)) i to jest dość jasne, ale zobowiązanie drugiej strony może mieć różny charakter.

Otóż, umowa zlecenia może być umową rezultatu lub umową starannego działania.

W dobie zimowych igrzysk posłużę się może sportową analogią :)

Ta pierwsza to umowa – umowa rezultatu – oznacza, że Justyna Kowalczyk zobowiązuje się zdobyć złoty medal w biegu na 10 kilometrów techniką klasyczną. Zdobyła, więc dostanie wynagrodzenie z tytułu umowy zlecenia. 

Ta druga – umowa starannego działania – oznacza, że – niezależnie od zajętego miejsca – Justynie Kowalczyk będzie się należało wynagrodzenie, jeśli będzie się starała pobiec jak najlepiej i jak najszybciej, jeśli da z siebie wszystko.

Jest pewna różnica, prawda?

Może się to wszystko wydać dość teoretyczne, ale ma swoje konsekwencje w „realnym” świecie, a nie tylko w prawniczych wywodach.

W końcu wielokrotnie pisałam o tym, że umowa zawsze musi oddawać oczekiwania stron. Zawierając zatem jakąkolwiek umowę zlecenia ze swoimi kontrahentami zawsze zastanów się, czego oczekujesz od zleceniobiorcy.

Czy ma dla Ciebie sfinalizować konkretną czynność, osiągnąć konkretny skutek, czy tylko działać i wykonywać bieżące czynności, za co dostanie wynagrodzenie, niezależnie od efektów.

Jeśli zaś sam masz być zleceniobiorcą, ta kwestia powinna być dla Ciebie równie ważna. Z pewnością chciałbyś zadowolić klienta, a to będzie możliwe tylko, gdy dokładnie ustalisz, co go zadowoli.

Pozdrawiam,

AKN

PS. Polub fanpage Kancelarii na FB. Dzięki temu będziesz na bieżąco z tym, o czym piszę na blogu.

 

Obraz: http://www.flickr.com/photos/43871518@N07/12568057033/

Skomentuj

Opublikowany w umowy

Uważaj na słowa! Różnica między szkodą a stratą.

jak jest różnica między szkodą a stratą?

Już kilkakrotnie pisałam, że z pozoru drobne różnice w słowach mogą mieć duże znaczenie, jeśli zamierzasz zawrzeć je w umowie.

I tak, poruszałam już kwestię różnicy między zadatkiem a zaliczką oraz między zwłoką a opóźnieniem, a teraz czas na kolejną dobraną parę: jaka jest różnica pomiędzy szkodą a stratą?

W języku prawa jest różnica i to czasami istotna.

Szkoda to pewien uszczerbek w majątku, który osoba lub inny podmiot może ponieść wskutek jakichś zdarzeń.

Szkoda obejmuje zarówno to, co nam ubyło (tzw. stratę), jak i to, co mieliśmy uzyskać, ale wskutek danego zdarzenia nie uzyskaliśmy (tzw. utracone korzyści). Jeśli zatem ktoś zalał moje mieszkanie to poniosłam stratę, bo musiałam je odremontować, a dodatkowo utraciłam czynsz najmu, który bym otrzymała, gdyby mieszkanie nie zamieniło się w ruinę.

Jak widać, strata stanowi jedynie część szkody.

Jakie to ma znaczenie i po co w ogóle to piszę?

Otóż zgodnie z przepisami, jeśli ktoś nabroi (np. nie wywiąże się z umowy, którą z Tobą zawarł, lub rozbije Ci samochód) ma obowiązek naprawić SZKODĘ, czyli zapłacić i za to, co straciłeś, i za to, czego nie zyskałeś.

Jednak strony umowy mają prawo zakres odpowiedzialności zmienić. Jeśli zatem strony zawierając umowę, zapiszą w niej, że odpowiadają wzajemnie tylko za STRATĘ, musisz się liczyć z tym, że w razie nierzetelności kontrahenta możesz domagać się zwrotu tylko tego, co straciłeś, ale już nie tego, co miałeś zyskać (np. zarobić). Twoje roszczenia mają zatem węższy zakres.

Jak widzisz różnica między szkodą a stratą może się okazać zasadnicza.

Jeśli miałbyś w umowie napisać, że możesz domagać się „wyrównania straty”, zastanów się, czy nie lepiej po prostu nic nie pisać i pozostawić sprawę w rękach kodeksu cywilnego.

Jeśli tak jak ja uważasz, że to ważna informacja, podziel się tym artykułem za pomocą którejś z ikonek na dole.

Kończę i wracam do mojego chorego dziecka.

Pozdrawiam,

AKN

Obraz: http://www.flickr.com/photos/40999618@N05/3859505634/

Skomentuj

Opublikowany w Uważaj na słowa!

Nie mamy zaufania, a jednak ślepo ufamy…

 

nie ufamy, ale ślepo wierzymy

Nadrabiając ostatnio zaległości w czytelnictwie prasy i magazynów natrafiłam na artykuły, których zestawienie nieco mnie skonfundowało (fajne słówko, prawda?).

Otóż w styczniowym numerze sukcesu przeczytałam artykuł „Gram solo” , w którym autorka, Monika Zaręba, przytoczyła badanie European Social Survey, z którego wynika, że tylko 12 proc. Polaków podpisałoby się pod stwierdzeniem, że ludziom można ufać. Na mój babski rozum, przy takiej wzajemnej nieufności, powinniśmy jako naród być ogólnie czujni, podejrzliwi, zawsze gotowi sprawdzić karty przeciwnika, poddawać go próbie, kontrolować go i dodatkowo powinniśmy być stale gotowi do skoku.   Autorka artykułu ubolewa nad tym, gdyż powoduje to, że kapitał społeczny Polski jest niewielki, ale mnie te dane zaskoczyły w nieco innym kontekście.

Mimo deklarowanej nieufności zachowujemy się, jakbyśmy ślepo wierzyli zawsze i każdemu. W szczególności, podpisujemy różne umowy, pokwitowania, druczki, wierząc niczym dzieci każdej pani w każdym okienku, że to nic takiego, że to nic nie znaczy, że to nie ma konsekwencji. No a skoro nie ma znaczenia, to nie ma też potrzeby podpisywać, prawda? 

Niejako na potwierdzenie tych moich obserwacji natrafiłam na historię Marii Wiernikowskiej w „W sieci„, gdzie opisuje, jak dała się zrobić w pseudo-lokatę.

I nie chcę tu bohaterki-autorki tego artykułu krytykować, bo nic to jej nie pomoże (a dodatkowo nie znam faktów istotnych z punktu widzenia prawnika), ale chcę, żebyś potraktował jej historię jako przestrogę: zaufanie to można pokładać w rodzinie, a nie w podpisywanych dokumentach.

Dokumenty się czyta – wtedy nie trzeba ufać, wtedy się wie.

Zresztą jeśli czytasz regularnie tego bloga, to z pewnością nie popełniasz już takich błędów :)

Pozdrawiam,

AKN

Ps. I żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie sugeruję, że masz być nieufny i podejrzliwy, ale szanuj się i niech wszyscy wiedzą, że na Twoje zaufanie trzeba zasłużyć.

 

Obraz: http://www.wsieci.pl/

Skomentuj

Opublikowany w umowy